Słucham właśnie nowego albumu The Streets – Everything is Borrowed. Wydawać by się mogło, że skoro przesłuchuję go już 10 raz pod rząd, to płyta jest dobra. Niestety nie. Robię to tylko dlatego, żeby znaleźć Mike’a Skinnera z poprzednich albumów. Starego dobrego hedonistycznego Mike’a sprzedającego prawdy o życiu, między wersami o chlaniu, ćpaniu i praniu się po mordach. Nowa płyta taka nie jest. Skinner sprzedaje jakieś banalne prawdy w kompletnie bezpostaciowej formie.
Właśnie przesłuchuję jedenasty raz i nadal nie pamiętam tytułu ani jednego utworu, nie mówiąc już o tym, że nie wpadł mi w ucho żaden chwytliwy tekst, który mógłbym nucić czekając na tramwaj. Nic. Cała płyta na jednakowym, bezwyrazowym poziomie. Bardzo szkoda, bo długo na nią czekałem i spodziewałem się dobrego mrocznego klimatu, obsypanego kokainą, oblanego piwem, a wszystko w podczas sobotniego powrotu z baru. Podkłady też nie wyróżniają się niczym specjalnym. Chociaż one nie muszą, od kiedy odkryłem słuchanie The Streets pod kątem słów, a nie muzyki.
Najbardziej wkurza mnie to, że mam poczucie jakby ta płyta musiała mi się podobać, skoro poprzednie były świetnie. I to poczucie, że może jeszcze za mało się wsłuchałem i nie łapię tego klimatu odtrąca mnie od tej płyty najbardziej.
Nie ma w tej płycie serca, co zresztą zdają się potwierdzać słowa Skinnera o tym, że wyda jeszcze jeden album i z The Streets koniec. Pozwolę sobie też zacytować taki fragment wywiadu: “It’s not that big a deal, it’s just me wanting to move on and do new things. I’ve gradually ended up with this idea in my mind of what the Streets is.”
PS Kojarzę już kilka utworów:) „The Way of the Dodo”, „Everything is Borrowed” i „On the Flip of a Coin”. M.