Dlaczego nie lubię chodzić do klubów? Pozwólcie, że odpowiem słowami mojego przyjaciela Bartka: „człowieku, bo klinuję się w ch*j”:)
Mam świetny humor. Aż sam się dziwię. Czuję, że swoją radością mógłbym obdzielić cały świat. Mijam poważnego bramkarza i schodzę w dół ciemnym korytarzem, jak gdyby w czeluście wulkanu. Moje ciało, podobnie jak ściany wibruje w rytm muzyki. Tunel się kończy i moim oczom ukazuje się parkiet, zapełniony po brzegi ludźmi wyginającymi się w rytm muzyki. Udaję się do baru, zamówić coś do picia. Kiedy już mam swojego drinka, zadowolony rozpieram w loży i zaczynam obserwować parkiet. Gdzie by tu podbić?
I kiedy siedzę sobie tak spokojnie, przeczesując swoim sokolim wzrokiem płytę do tańczenia, zaczyna się klinowanie. Zrazu powoli. Zaczyna się od muzyki. Przecież ona jest taka nijaka, łatwa, nie wymagająca myślenia. Bez sensu. Nie można by się bawić przy czymś ambitniejszym? A nie hipnotyzować się w rytm tych stukilkudziesięciu jednostajnych uderzeń na minutę?
Otrząsam się. Znowu to samo miejsce. Stroboskop i kolejne pytania. Czy ten starszy facet obok mnie, nadal myśli, że jest atrakcyjny? A może ma wypchany portfel? Gubię go bo widok zasłaniają mi jakieś przećpane nastoletnie idiotki z napalonymi karkami. Idą to robić. Tylko gdzie? W kiblu? A może na schodach? O co im chodzi? Jaki mają cel w życiu? Przecież to co robią to droga donikąd. Mam ochotę iść do nich i potrząsnąć je za te półprzytomne łby.
Odwracam się i omiatam wzrokiem parkiet. Hmmm, faceci jacyś niepodobni. Wychodzą instynkty. Jeden podchodzi z boku i tańczy obok jakiejś laski, tak że niby nic. Drugi preferuje metodę podbicia od tyłu, do niczego się nie spodziewającej samicy. Inny to pan paw, on uderza od przodu, hipnotyzuję, niby „nie wiedzącą o co chodzi” dziewczynę, swoim rytmicznym tańcem. Ona patrzy na niego jak zaczarowana. Co za bezsens. Kolejne pytania, czemu to wszystko takie puste?
Gdzieś w rogu jakiś orangutan wypina swoją klatę i bije się w piersi niczym tarzan. Jego kolega troglodyta szpanuje przed ćwierkającymi z zachwytu samiczkami swoją maczugą, która w XXI wieku przybrała postać portfela wypchanego kartami kredytowymi. Ale co to? Na ich terytorium wkracza inny samiec. Kowboj, starający się zagarnąć ten estrogeński harem dla siebie. On ma inną broń. Chwali się, rodowodem swojej cudownej klaczy stojącej przed lokalem. Nazwał ją Mercedes. Jej sława obeszła całą Polskę. Matka wierzchowca nazywała się „V12”, ojciec „Bi-Turbo”. Zaraz dojdzie do walki. No tak, lokal jest tylko jeden, i tylko jeden może być samiec alfa.
Porzucam szybko ten temat do rozważań, bo z paniką zauważam, że przestaję widzieć tańczące kobiety. Ich sylwetki rozpływają się w dymie i muzyce. Z każdym błyskiem stroboskopu znikają kręcące się rytmicznie w lewo i prawo ponętne pupki. W ich miejsce pojawiają się rytmicznie pulsujące macice i jajniki. Kołyszą się zgodnie z muzyką, hipnotyzując wszystkich samców w okolicy. Przestaje słyszeć muzykę, dobiega mnie tylko ich jednostajny suczy syk: „Zapłodnij mnie!”. Otrząsam się z przerażeniem! Co się dzieje.
Nie wytrzymam. Muszę stąd wyjść. Najlepiej niech będzie to angielskie wyjście, bo nie mam ochoty się nikomu tłumaczyć. Za dużo pytań. Czemu to wszystko takie beznadziejne? Czemu żerujemy na najniższych instynktach, a wydaje nam się, że jesteśmy strasznie wysublimowani? Wydaje nam się, że mamy władzę nad naszym życiem, a tak naprawdę władzę mają jedyne nasze geny, wybijające gdzieś w czeluściach naszego organizmu jednostajny rytm: „Powiel mnie!”
Wszystko w jednym celu, sztuka, nauka, praca. Wszystko po to, by skopiować nasze geny i sparować je w jak najlepszym towarzystwie.
Pojawia się za dużo pytań, o istotę rzeczy. O to w którym miejscu rozwoju jesteśmy. Czy to początek, środek, czy też nasza cywilizacja chyli się ku upadkowi? O to czy kiedyś będziemy mogli definiować siebie w oderwaniu od stolcowej kiszki i chlupotu hormonów we krwi, czy też człowieczeństwo zostało na zawsze przypisane do tego całego białka, płynów i śluzów? A może jesteśmy tylko zaczynem, ogniwem łączącym między bakteriami, a oderwanymi od jakże ograniczających popędów humanoidami? Co jeśli właśnie na tym polega bycie człowiekiem, na walce ze swoimi instynktami?
I to były pokrótce powody dla których nie przepadam za chodzeniem do klubów. Nie relaksują mnie, a odwrotnie, wychodzę z nich poklinowany, z milionem pytań odnośnie egzystencji.
Czy to strasznie chory pomysł, aby zamówić sobie piwo, usiąść w loży, otworzyć zeszyt i zacząć notować, te wszystkie myśli które przewijają mi się przez głowę? Ta monotonna muzyka, naprawdę skłania do myślenia.