Jak wiecie studiuję w Łodzi. Zawsze uwielbiałem to miasto, uważałem je za najpiękniejsze, najładniejsze i najbardziej przyjazne ze wszystkich polskich metropolii. Metamorfoza moich zapatrywań nastąpiła w momencie kiedy zacząłem tu naukę. Niespodziewanie moja miłość do niego wyparowała. Ba, żeby tylko. Zacząłem go wprost nienawidzić, obarczając odpowiedzialnością za wszystkie życiowe niepowodzenia jakie miały w moim skromnym życiu miejsce. Od niedostania się na studia, po ssące mnie od środka jak czarna dziura poczucie beznadziejnej samotności.
Oczywiście psychika musiała włączyć mechanizmy obronne, abym mógł jako tako funkcjonować. Skończyło się na ucieczce w marzenia i namiętnym rozważaniu powiedzenia “trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie”. Miejsce Łodzi w moim sercu zaczęła zajmować Warszawa. Uzyskała status raju utraconego. To właśnie tam trawa była bardziej zielona, ludzie fajniejsi, ulice czystsze, tramwaje bardziej komfortowe. Przebywając w stolicy czułem oddech świata, metropolii na skalę europejską. Wracając do Łodzi, czułem zatęchły zaścianek.
Wtedy właśnie zacząłem ratować się marzeniami: że ja tu nie nad długo, że po 3. roku można się przenieść, że to tylko trzy lata i będę z powrotem „u siebie”.
Gdzieś po drodze pojawił się Wrocław i jego „ordnung must sein”. Niemiecka wprost schludność, ten widok jak z pocztówki. Nocne życie, setki tysięcy studentów. Jako, że mężczyzna zmiennym jest, Warszawa musiała się podzielić moim uczuciem z Wrocławiem.
Teraz miałem dodatkowy powód do rozmyślań: „a może jednak sobie daruję Wawkę i przeniosę się do Wrocka?”. I rozważania takie prowadziłem praktycznie codziennie. Myśl o ucieczce z „tonącej Łodzi” stałą się moją obsesją, utrzymującą mnie przy życiu, ale jednocześnie strasznie je utrudniającą.
Co dalej w tej historii? Otóż okazało się, że zmienić miejsce studiów mogę już po tym roku (oczywiście jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli). Ta odległa data, te trzy lata, ten szczyt marzeń zaśnieżony i zatopiony gdzieś głęboko w chmurach, nagle stał się wyciągnięcie ręki. Te kilka miesięcy, które mnie od niego dzielą, upłyną niepokojąco szybko. Po dwudziestce, każdy rok mija niepokojąco szybko.
Przeraziło mnie to. „Co, to już?” – pomyślałem sobie – „Mam się już żegnać z tym miastem?” Zrozumiałem wtedy, że ja tak naprawdę nie chcę stąd odchodzić.
Co mogę mieć?
Mogę mieć Bugatti Veyrona, którego chce mieć każdy. Jest najszybszy na świecie, najszybciej przyspiesza, ma tysiąc koni i w ogóle jest naj. Ma oczywiście swoje wady. Jest niemiłosiernie drogi, zarówno w utrzymaniu jak i przy samym kupnie. Jako, że jest naj, chce go mieć każdy, ściąga to do niego mnóstwo szpanerów, cwaniaków i innych ludzi szukających taniej sensacji i poklasku.
Mogę mieć Porsche 911. Perfekcję widoczną w każdym szczególe, od klamki drzwi, do dźwięku wydobywającego się z wydechu. Również jest szybki, choć już nie tak ordynarny. Nadaje się do małych zakupów, wyjazdu za miasto nad wodę, ale również do tego, by zażyć trochę emocji na torze. Taka emocjonalno-zdroworozsądkowa-poprawność.
A co mam teraz?
Teraz mam starą łajbę, która cieknie w kilku miejscach. Aby w ogóle mogła funkcjonować trzeba często zmieniać w niej olej. Nie mówię już o tym, że chyba nic nie funkcjonuje w niej jak należy, od pokładu na oświetleniu skończywszy. Wprawdzie pracuję nad nią tu i tam, ale niestety nadal, patrząc oględnie jest dość brzydka. Ma to i swoje zalety. Przynajmniej nie przybywają na nią niepowołani ludzie, a Ci którzy już się dostali, w większości wiedzieli gdzie się pchają. Czyni ją to niejako brzydkim kaczątkiem, na pozór nie mającym niczego do zaoferowania, ale kiedy dać mu się rozwinąć potrafi pokazać piękno o jakim innym kaczkom się nawet nie śniło.
Hmmm, a może jednak Veyron? A jeśli go wybiorę, nie będę żałował, że to nie Porsche?
Ok, to Porsche. Tylko jeśli będę je miał, to czy nie zacznę tęsknić za moją „ciasną ale własną” łajbą?… i kompletem jej wspaniałych pasażerów?