Archiwum kategorii ‘Studia’

h1

Nie pisałem, bo się kochałem

kwiecień 16, 2009

Jak łatwo zauważyć, nie było mnie tutaj przez miesiąc. Precyzyjnie mówiąc to na blogu się pojawiałem ja, ale nie nowe wpisy. Dużo się działo. Miałem kryzys z biochemii i musiałem intensywnie pracować nad wyciągnięciem swojego dupska z tego szamba, w przeciwnym przypadku tym dupskiem zarabiałbym na życie, bo na pewno nie jako lekarz. A tak, z racji tego, że się „WziełemSpiełemiZwarłem” to studiuję nadal i to z całkiem dobrym skutkiem :)

Potem były święta, w które wprawdzie miałem czas, ale złapała mnie choroba i konakt ze mną był utrudniony, przez co wpisy siłą rzeczy się nie pojawiały.

Po Wielkanocy też nic nie napisałem, bo wiosna, piękna pogoda, a ja byłem zakochany. To jednak prawda, że stara miłość nie rdzewieje. Usłyszałem piosenkę Pudelsów „Kocham Się” i odżyło we mnie uczucie, o którym myślałem, że dawno temu zagasło. To jednak fajnie, że urodziłem się sobą, a nie kimś innym bo wtedy też mógłbym kochać siebie, ale jako kogoś innego, a tak to kocham siebie będąc sobą, a nie kimś innym, choć prawdopodobnie, wtedy też byłbym sobą. Biorąc pod rozwagę, to nawet gdybym, był swoją dziewczyną to niebyłoby to takie super, bo niemógłbym będąc swoją dziewczyną przebywać ze sobą DwadzieściaCzteryGodzinyNaDobę, bo bym nie wytrzymał, a tak będąc soba, mogę być ze sobą non-stop i wcale mnie to nie męczy. I jeszcze mam takie fajne imię Michał…

Na koniec fizolofowania mój ulubiony tekst

“Nigdy z sobą się nie kłócę
Nigdy siebie nie porzucę”

i cała piosenka:

h1

Tru-life

styczeń 30, 2009

Miałem ostatnio przyjemność jechać tramwajem warszawskiej linii 24, z dwoma tamtejszymi studentami medycyny. Cokolwiek złego powiedziałem o studentach, cofam to. Są to jednak bardzo mądrzy ludzie. Słuchając ich rozmowy, dowiedziałem się wielu rzeczy, na które nigdy bym nie wpadł. Jeden z nich, Władca, uczył życia swojego Giermka (kolega z namaszczeniem spijający słowa z jego ust). Padło tam kilka zdań dotyczących sensu egzystencji „Jak wypijesz osiem piw i się spalisz, to jest dopiero bomba”, podejścia do kobiet „Jak laska ma fajne cycki, ale słabą dupę, to jest źle.”

Przydupas patrzył na niego z uwielbieniem, aż doszło do kulminacji wieczoru. Władca zajadając się hamburgerem z Mac’a rzekł: „ Z pieniędzmi i jedzeniem to jest tak: masz pięćdziesiąt złotych, zjesz za pięćdziesiąt złotych, masz sto złotych, zjesz za sto złotych.”

Dziękuję Ci S.C. Johnson. Na pewno pomyślę o tym, następnym razem robiąc zakupy.

h1

Schöne Mädchen z długimi włosami

grudzień 3, 2008

Siedząc ostatnio w bufecie, czekając na zajęcia zostałem porażony. Może nie powinienem o tym pisać, tylko wyjść z zasady nie twoja dupa nie twoja sprawa. Tak się jednak nie da. Przedmiot tego wpisu jest iście bulwersujący. Otóż stolik obok siedziało sobie dziewczę, na oko I-II rok. Opierała się o o blat, co przy biodrówkach skutkowało całą pupą na wierzchu. Pomyślałem sobie – wychylę się lekko do tyłu i zajrzę jak się sprawa prezentuje. A tam… KRZAKI!!! Mało z krzesła nie spadłem. Młoda dziewczyna z włosami na dupie długości kłaków na łapach spoconego robotnika z budowy. Pisząc półtora centymetra i czarne nie oddaję nawet ćwierci tego co się tam działo. Dobrze, że nie miała stringów, bo całość przypominałaby przecinkę w lesie, w której poprowadzono drogę. Drogę nawet nie chcę wiedzieć gdzie. Do tej pory we mnie to siedzi. Uważam, że meszek jest sexy, taki niemowlęco-dziewczęcy. Meszkek. Nie puszcza amazońska.

Nie chcę się tu z nikogo naśmiewać. Uważam, że takimi sprawami należy się zająć dla dobra psychicznego, własnego jak i postronnych obserwatorów. Nawet jeśli ma się najpiękniejsze ciało na świecie, to taki „szczegół” potrafi zepsuć całokształt.  A szkoda by  było…

Rady na koniec:
1.Wydepilować.
2.Wylaserować
3.Wyciąć, wyrwać, cokolwiek.
4.Nie eksponować, np. spodnie – ogrodniczki.
5.Nie zaglądać już nigdzie, bo przekonacie się, tak jak ja, iż ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

h1

Jaka jest pojemność naszej pamięci?

listopad 23, 2008

Dobrych kilka miesięcy, a może i rok temu, przeczytałem w National Geographic Polska świetny artykuł o pamięci. Jak działa, jak nie działa, jak ją wspomagać i na jakim etapie poznania funkcjonowania mózgu jesteśmy. W artykule padło stwierdzenie, że ilość połączeń między neuronami ludzkiego mózgu jest tak ogromna, że wystarcza do zapamiętania treści książek uniwersyteckiej biblioteki (jako przykład podano konkretny księgozbiór, bodajże oksfordzki).

Do tej pory czuję ekscytację, jaka towarzyszyła mi po przeczytaniu tego tekstu. „To jednak prawda, z tym co mówią, że wykorzystujemy około 3% swojego mózgu!” Roztaczałem przed sobą wizję momentu, kiedy ludzkość pojmie jak działa nasz umysł i mozolne wkuwanie i utrwalanie materiału przejdą w zapomnienie. Odpowiedni trening i zapamiętanie zawartości biblioteki proste jak bułka z masłem. Taka ilość wiedzy w swoim umyśle pchnęłaby nas do przodu. Z taką wiedzą w każdym z nas, zaraz znaleźlibyśmy odpowiedź na trapiące ludzkość problemy.

I nadeszło rozczarowanie. Według fizjologii, którą właśnie czytam, ilość neuronów w korze mózgu wynosi 3 miliardy. Aby zapamiętać 1 bit informacji potrzeba około 10 neuronów. Co sprawia, że nasza pamięć może pomieścić, czyli 300 milionów bitów. Dlaczego 10 neuronów na 1 bit informacji? Taka proporcja zapewnia redundancję. Dla niewiedzących cytuję za polską Wikipedią: „W teorii informacji redundancja to ilość informacji przekraczająca wymagane do rozwiązania problemu minimum.” Człowiek w ciągu 16 godzin swojej dziennej aktywności, przyjmuje średnio około 20 bitów informacji na sekundę. W ciągu całego życia daje to 30 miliardów bitów informacji, co jak pewnie zauważyliście przekracza pojemność naszej pamięci 100-krotnie. Wniosek jest prosty – możemy zapamiętać trwale około 1% percepowanej informacji.

Rozważając te obliczenia, ogarnął mnie smutek. Moja koncepcja świetlanej przyszłości rodu ludzkiego, w której każdy z nas posiadał ogromną wiedzę, legła w gruzach. Treść biblioteki, którą możemy zapamiętać, to po prostu nasze życie. A właściwie jego jeden procent… Szkoda, że tak mało…

h1

Figo-fago na wuefie

listopad 18, 2008

Dzisiaj zostałem podstępnie porwany ze swojego Wfu… Jak się okazało, po to by zaprezentować dziewczętom metody samoobrony. Myślę sobie super! Posiedzę sobie na jakiejś pięknej sarence dusząc ją przy okazji. Wiecie takie figo-fago z nutką perwersji:P Niestety, jak to zwykle bywa – nie było tak, jak się zapowiadało. Byłem przerzucany jak worek przed grupą 15 dziewcząt. Nadszarpnęło to moją męskość dosłownie i w przenośni:) Pozostało mi tylko pozostawać twardym i brylować swoją „siłom i godnościom osobistom”.

Pozdrawiam Was piękne dziewczęta z łódzkiego Umedu!

h1

Czy studenci medycyną są mądrzy, czy tylko inteligentni?

listopad 15, 2008

Wiele osób nie zgadza się z moim stwierdzeniem, że spora część studentów medycyny nie jest osobami mądrymi. Można ich nazwać za to inteligentnymi. Umieją nauczyć się przysłowiowego „chińskiego słownika” na pamięć, umieją żonglować pojęciami, wysławiać się w sposób wysublimowany. Brak im jednak ogólnego rysu, emocjonalnego zaangażowania w dobro ogólnoludzkie. Trudno z wieloma z nich znaleźć temat do rozmowy, bo nie mają określonych preferencji muzycznych, zapatrywań politycznych, czy wyrobionych poglądów na tematy nie związane ściśle z tym: czego, z czego i jak się uczyć.

Rys tego rodzaju było widać już w liceum (przynajmniej moim). Klasy fizyczno-matematyczne cechowały się przebojowością, umiejętnością konstruktywnego podchodzenia do problemów. Natomiast biochemicy byli zawsze gdzieś z boku, z nosem wtulonym w książkę. My, byliśmy jak ludzie używający komputera do całego wachlarza zadań. Ich można było przyrównać do stenotypistki, używającej swojego peceta tylko do przepisywania tego co inni powiedzieli lub napisali.

Nie wiem dlaczego mnie to tak razi. Ten brak jakichkolwiek zainteresowań. Może oprócz jednego: kucia.

Usłyszałem kiedyś taką opinię, że cała wiedza, całe poznanie z wielu dziedzin nauki jest nic nie warte. Opinie i poglądy się zmieniają, nowe odkrycia zmieniają twierdzenia i dogmaty teraz aktualne. Z którego kierunku wieje polityczny wiatr w takim kierunku, zmieniają się poglądy z takich dziedzin jak np. socjologia. Natomiast jedyną prawdziwą mądrością jest matematyka. Tam nie da się wywrócić wszystkiego do góry nogami, chociażby z powodu zmiany rządzących.

Dlaczego o tym piszę? Wczoraj na wykładach, młodzież otwierała gęby ze zdziwienia, gdy pan profesor powiedział o tym, iż młode dziewczęta w Stanach, obciążone dużym ryzykiem raka piersi, każą je sobie amputować. Mowa była jeszcze o ludziach uprawiających seks bez zabezpieczeń, tylko po to by przeżyć dreszczyk emocji, lub najzwyczajniej zarazić się HIV. Daje im to poczucie przynależności do elitarnego kręgu chorych. Cała sala niemal zamarła ze zdziwienia: “no jak to tak, jak tak można?” O takich ryzykantach, czy dziewczętach, wiadomo było od dość dawna. Nie trzeba było czytać gazet typu „Nature” lub „Science”. Wystarczyło zajrzeć do najprzeciętniejszych tygodników dostępne w kiosku.

No tak, tylko który student medycyny ma na czas na takie błahostki (notabene z dziedziny swoich zainteresowań)?

h1

Vita somnium breve

listopad 12, 2008

Czasami zastanawiam się, czy tylko mnie łapie poczucie jakiejś nierealności, kiedy wracam z domu na studia. Mam wrażenie, że tak naprawdę wcale mnie tam nie było, że spotkanie z rodziną i z przyjaciółmi było tylko snem na jawie. Figlem własnego umysłu. Po prostu siedziałem w pokoju z książką, złapałem drzemkę, przyśnili mi się rodzice. Teraz się przebudziłem i nadal siedzę tym w tym samym fotelu, z tą samą książką w ręce…

h1

Klęska urodzaju – sukces posuchy

październik 25, 2008

Jeżeli ktoś jest ciekaw, na jaki koncert poszedłem, to informuję, że na żaden:] Najprawdopodobniej uda mi się przyjechać do domu na Wszystkich Świętych, więc aby nie tracić czasu, muszę posiedzieć nad książkami, bo biochemia, embriologia i fizjologia nie lubią opóźnień, a szczególnie tego, żeby się ich nie uczyć regularnie.

Zresztą za to właśnie lubię te studia. Za małą ilość wolnego czasu jaką dysponuję. Nie muszę rozwiązywać trudnych studenckich problemów w stylu:

  • iść do pracy, czy żebrać od rodziców (jestem darmozjadem)
  • pić od środy do soboty czy od czwartku do niedzieli (jeden wieczór raz na dwa tygodnie to dużo)
  • pojechać do Krysi do Lublina, czy Joli do Poznania (od początku studiów nikogo nie odwiedziłem)
  • jechać na przecenę do H&M, Reserved czy New Yorker’a (nie chodzę po sklepach)

A najgorsze jest to, że nie mam czasu na jesienną deprechę. Nie wracają stare lęki, nie pragnę śmierci i co najgorsze mogę w nocy spać…

h1

Awansowicz, to brzmi dumnie!

październik 8, 2008

Dzisiaj dowiedziałem się od kolegi powtarzającego rok, że on tak naprawdę nie jest jest zwykłym repetentem, ponieważ nie tylko powtarza niezaliczone przedmioty, ale posiada również zajęcia z 2 rokiem. To oznacza, iż jest awansowiczem. Tak to brzmi lepiej. Powiedziałbym nawet – awansowicz, to brzmi dumnie. Gdyby ktoś się nie orientował w temacie, mógłby sobie pomyśleć, że tak jest tak zdolny, że przydzielili mu przedmioty z 5 roku.

Heh, przypomniał mi się kawał:

W autobusie dochodzi do kłótni. Jeden z mężczyzn krzyczy:
- Pan chyba nie wie, kim ja jestem! Jestem kierownikiem sklepu mięsnego!
Stojąca obok kobieta zwraca się do koleżanki:
- Znam go, to profesor uniwersytetu, ale widzę, że ostatnio cierpi na manię wielkości…

Chore ambicje…

h1

Marzenia się spełniają, tylko czy my naprawdę tego chcemy?

październik 6, 2008

Jak wiecie studiuję w Łodzi. Zawsze uwielbiałem to miasto, uważałem je za najpiękniejsze, najładniejsze i najbardziej przyjazne ze wszystkich polskich metropolii. Metamorfoza moich zapatrywań nastąpiła w momencie kiedy zacząłem tu naukę. Niespodziewanie moja miłość do niego wyparowała. Ba, żeby tylko. Zacząłem go wprost nienawidzić, obarczając odpowiedzialnością za wszystkie życiowe niepowodzenia jakie miały w moim skromnym życiu miejsce. Od niedostania się na studia, po ssące mnie od środka jak czarna dziura poczucie beznadziejnej samotności.

Oczywiście psychika musiała włączyć mechanizmy obronne, abym mógł jako tako funkcjonować. Skończyło się na ucieczce w marzenia i namiętnym rozważaniu powiedzenia “trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie”. Miejsce Łodzi w moim sercu zaczęła zajmować Warszawa. Uzyskała status raju utraconego. To właśnie tam trawa była bardziej zielona, ludzie fajniejsi, ulice czystsze, tramwaje bardziej komfortowe. Przebywając w stolicy czułem oddech świata, metropolii na skalę europejską. Wracając do Łodzi, czułem zatęchły zaścianek.

Wtedy właśnie zacząłem ratować się marzeniami: że ja tu nie nad długo, że po 3. roku można się przenieść, że to tylko trzy lata i będę z powrotem „u siebie”.

Gdzieś po drodze pojawił się Wrocław i jego „ordnung must sein”. Niemiecka wprost schludność, ten widok jak z pocztówki. Nocne życie, setki tysięcy studentów. Jako, że mężczyzna zmiennym jest, Warszawa musiała się podzielić moim uczuciem z Wrocławiem.

Teraz miałem dodatkowy powód do rozmyślań: „a może jednak sobie daruję Wawkę i przeniosę się do Wrocka?”. I rozważania takie prowadziłem praktycznie codziennie. Myśl o ucieczce z „tonącej Łodzi” stałą się moją obsesją, utrzymującą mnie przy życiu, ale jednocześnie strasznie je utrudniającą.

Co dalej w tej historii? Otóż okazało się, że zmienić miejsce studiów mogę już po tym roku (oczywiście jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli). Ta odległa data, te trzy lata, ten szczyt marzeń zaśnieżony i zatopiony gdzieś głęboko w chmurach, nagle stał się wyciągnięcie ręki. Te kilka miesięcy, które mnie od niego dzielą, upłyną niepokojąco szybko. Po dwudziestce, każdy rok mija niepokojąco szybko.

Przeraziło mnie to. „Co, to już?” – pomyślałem sobie – „Mam się już żegnać z tym miastem?” Zrozumiałem wtedy, że ja tak naprawdę nie chcę stąd odchodzić.

Co mogę mieć?

Mogę mieć Bugatti Veyrona, którego chce mieć każdy. Jest najszybszy na świecie, najszybciej przyspiesza, ma tysiąc koni i w ogóle jest naj. Ma oczywiście swoje wady. Jest niemiłosiernie drogi, zarówno w utrzymaniu jak i przy samym kupnie. Jako, że jest naj, chce go mieć każdy, ściąga to do niego mnóstwo szpanerów, cwaniaków i innych ludzi szukających taniej sensacji i poklasku.

Mogę mieć Porsche 911. Perfekcję widoczną w każdym szczególe, od klamki drzwi, do dźwięku wydobywającego się z wydechu. Również jest szybki, choć już nie tak ordynarny. Nadaje się do małych zakupów, wyjazdu za miasto nad wodę, ale również do tego, by zażyć trochę emocji na torze. Taka emocjonalno-zdroworozsądkowa-poprawność.

A co mam teraz?
Teraz mam starą łajbę, która cieknie w kilku miejscach. Aby w ogóle mogła funkcjonować trzeba często zmieniać w niej olej. Nie mówię już o tym, że chyba nic nie funkcjonuje w niej jak należy, od pokładu na oświetleniu skończywszy. Wprawdzie pracuję nad nią tu i tam, ale niestety nadal, patrząc oględnie jest dość brzydka. Ma to i swoje zalety. Przynajmniej nie przybywają na nią niepowołani ludzie, a Ci którzy już się dostali, w większości wiedzieli gdzie się pchają. Czyni ją to niejako brzydkim kaczątkiem, na pozór nie mającym niczego do zaoferowania, ale kiedy dać mu się rozwinąć potrafi pokazać piękno o jakim innym kaczkom się nawet nie śniło.

Hmmm, a może jednak Veyron? A jeśli go wybiorę, nie będę żałował, że to nie Porsche?

Ok, to Porsche. Tylko jeśli będę je miał, to czy nie zacznę tęsknić za moją „ciasną ale własną” łajbą?… i kompletem jej wspaniałych pasażerów?