Archiwum kategorii ‘Przemyślenia’

h1

Co warto, a czego nie warto żałować…

październik 21, 2009

Miałem kiedyś, jako nastolatek, przez jakiś czas dziewczynę (mam nadzieję, że teraz tego nie czyta – a nawet jeśli, to tak – to o Tobie), której przez pierwsze dwa miesiące znajomości nawet nie dotknąłem. Dosłownie. Nie trzymaliśmy się za ręce, nie całowaliśmy, nie przytulaliśmy. Wydaje mi się, że nie dawaliśmy sobie nawet buziaków w policzek na powitanie – akurat ten szczegół mi umknął, ale mając przed oczami całą resztę, jestem w stanie z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że tak właśnie było.

Ona wydawała mi się taka piękna, majestatyczna i dojrzała. Ja głupi, dzieciuchowaty i nieśmiały. Możecie się spytać co robiliśmy przez cały ten czas? Polecę po standardzie: spacerowaliśmy, patrzyliśmy w te swoje niewinne, bawole oczęta, rozmawiając przy tym o wielu arcypoważnych sprawach (tak nam się wtedy wydawało). Do tego park, łabędzie, jesienne liście opadające na ramiona.

Strasznie się wtedy męczyłem. Ona mnie zniewalała, a ja nieśmiały, niedojrzały szczyl nie wiedziałem co zrobić, żeby ją przytulić, pocałować i trzymając za rękę, przewiercając spojrzeniem, oświadczyć: „Teraz, k…, Bejbe jesteś moja! I ch..j!” – Wiem, wiem, mało to romantyczne. Raczej dosadne, jak dowcip w barze portowym, ale chciałem wyraziście podkreślić ówczesną potrzebę alfa-samcowatości.

Kiedyś sobie nad tym myślałem i doszedłem do krótkiego wniosku: „Teraz się Michale zmieniłeś. Nie bawiłbyś się w Wydelikaconego Pana Chmurka-Kwiatek-Pszczółka-Ach-Och-Ależ-To-Romantyczne, jak kiedyś. Wiedziałbyś jak tą partyjkę rozegrać, żeby wygrać”. Życie stawia jednak przed nami rosnące wymagania i to, że dzisiejszy Michał nie byłby pizdusiem wtedy, nie znaczy, że nie jest nim teraz, czego za kilka kolejnych lat będzie żałował. Dalej miewam te same problemy, brakuje mi jednak tego spojrzenia z perspektywy czasu, które pozwala patrzeć na rzeczywistość inaczej. Niestety, kiedy je zyskam, najprawdopodobniej będzie już za późno.

Jak się łatwo domyśleć, tamten rozdział w moim życiu jest już dawno zamknięty, ale pozwolił mi otworzyć kolejne karty swojego życia. Właśnie dzięki niemu pomyślałem: „Lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż żałować, że się czegoś nie zrobiło.” Trzeba walczyć o swoje, nawet jak jeszcze nie jest twoje. Nikt Ci tego, co pragniesz nie poda na tacy, a i zawartość tacy sama do Ciebie nie przyjdzie. Rób swoje – ryzyko jest twoje. Najwyżej będziesz pluł sobie w brodę, że się starałeś a sprawa nie była tego warta, ale na pewno nie zarzucisz sobie tego, że zwątpiłeś, nawet nie próbując.

I to jest morał z dzisiejszej dobranocki, drogie dzieci…

h1

Oczy otwarte

maj 26, 2009

Czasami dopiero śmierć kogoś bliskiego, pozwala docenić nam dar jaki dostaliśmy – życie.

„Lecz nie trać nadziei
Nadziei nie trać
Nadziei nie trać
Tracić nie wolno
Czwarty niesie ci
On potężniejszy jest od tamtych trzech
On niesie ci miłość i wiarę
I miłość i wiarę, nadzieję dla ciebie ma
Niesie ci słońce i gwiazdy
On potężniejszy jest od tamtych trzech…”

Kult – Jeźdzcy

h1

Traumatyczne odkrycie z dzieciństwa

maj 19, 2009

Z cyklu: „Wpomnienia z dzieciństwa (lecz nie takiego znowu wczesnego)”.

Pamiętam jak traumatycznym dla mnie odkryciem był fakt, że nie każda nowo poznana dziewczyna, na mój widok myśli: „Boże, ile bym dała, żeby z nim być”.

Równie szybko skonstatowałem, że pomyślenie o niej: „Głupia suka” bardzo pomaga :)

h1

Wujek z Wielkiej Brytanii, ja z Polski, a syf z komunizmu

maj 11, 2009

Dzisiejszego dnia widziałem się ostatni raz w tym dziesięcioleciu z wujkiem z Wielkiej Brytanii. Następne spotkanie to maj 2011. Nie nastraja to pozytywnie, bo za dwa lata nie wiadomo, w którym momencie swojego życia będziemy.

Niemiec, który praktycznie całe życie spędził w Wielkiej Brytanii, część w Australii, no i z racji tego, że jest moim wujkiem, łatwo się domyśleć, że w swoim burzliwym życiu zahaczył o Polskę i Polkę :) Mógłbym go słuchać godzinami, jego wspomnień, opowieści, przygód. To człowiek z innego kręgu kulturowego. Ma całkowicie odmienne poglądy na życie niż 99% polskiego społeczeństwa, a też jego życie było bardziej kolorowe niż tychże 99%.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że następny raz zobaczę go za dwa lata i cholernie mi z tym źle. Te kilka spotkań tu w Łodzi przeniosły mnie w inny świat, a teraz kiedy wyjeżdża, czuję się tak jakby ktoś nagle odebrał mi narkotyk. Odwiedziny u niego oderwały mnie od szarej rzeczywistości i przeniosły w świat retrospekcji, ale i jednoczesnego myślenia o rozwoju społeczeństwa i jednostek.

Pozwoliły mi zrozumieć, że życie wcale nie jest złe, czy dobre. Nasze życie jest w naszych rękach i daje nam ono to, czego chcemy. Nie chodzi tu nawet o podejście czysto praktyczne w stylu „marzenia się spełniają”, więc zacznij pracować na nie pracować, ale raczej o kwestie psychiki. Jeśli wstaniesz rano zły, cokolwiek by się nie stało w trakcie dnia, twój humor się nie zmieni. Jeśli obudzisz się z pozytywnym nastawieniem do życia, nawet jeśli spotkają cię w trakcie dnia jakieś przykrości nie do przejścia, możesz się z nich śmiać. Skoro nie możesz ich zmienić, po co psuć sobie humor. Grunt to pozytywne nastawienie do życia i bycie dobrym dla ludzi, bo służy to zarówno im, jak i nam.

Prosta prawda, której teoretycznie nie mógł mi przekazać żaden z Polaków. No bo jak tu śmiać się z tego, że stoi się w kolejce po papier toaletowy? Jak tu być zadowolonym, jeśli po kawałek mięsa jedzie się całe miasto, bo akurat tam je rzucili? Zrozumiałem wtedy, że mimo, iż jesteśmy pokoleniami kształtowanymi po’ 89, w wolności i wydawać by się mogło, wyzbytymi myślenia epoki komunizmu, to tak naprawdę wcale tak nie jest. Komuna nadal w nas siedzi. Powodem jest to, przez co przeszli nasi dziadkowie i rodzice. To jak cię wychowali, a jak wychować by mogli, gdyby nie musieli całej swej siły marnować na stanie w kolejkach i siłowanie się z systemem. Jaki Polak mógł pomyśleć, że może w życiu może osiągnąć co tylko chce, jeśli szary papier do wycierania tyłka był poza jego zasięgiem?

Komunizm kurwił wszystkich, jak leci. Co z tego, że mogłeś go odrzucić i buntować się w zaciszu swojego w domu? Co z tego, że mogłeś mieć sztywny kręgosłup moralny i nie kapować kolegów? I tak musiałeś szmacić się, biegając za byle gównem, które pokazało się w „sklepach”. Byle gównem, które w normalnym systemie nie zaprzątało by Twojej uwagi, ponadto, aby je wpisać na listę zakupów. Szmacić się, by próbować żyć na jako takim poziomie.

Wpis trochę przydługi i odbiegający delikatnie od tematu, ale mnie poniosło. Właśnie w takich chwilach, jak rozmowy z wujkiem wychowanym kilkaset kilometrów od nas, uświadamiam sobie jak bardzo tych sku**ieli nienawidzę. Nienawidzę ich za ten eksperyment, którego rezultaty będą musiały spijać pokolenia. Nienawidzę ich za to, że osoba, wychowana w normalnych warunkach, mówi mi rzeczy oczywiste, a ja odbieram je jako prawdy objawione. Nienawidzę ich za to, kim jestem, bo nie wiem kim być mógłbym, gdyby moi przodkowie nie musieli żyć w tym syfie…

h1

Banda debili

kwiecień 29, 2009

Z racji tego, iż B. pomógł mi odpowiedzieć na pytanie, które trapiło mnie od dawna, jemu ten wpis dedykuję…

Jednym z moich dziecięcych wspomnień, są rodzinne poranki, kiedy jeszcze chodziłem do podstawówki w Ostrowcu. Cała rodzina musiała wcześnie wstawać, czy to na lekcje, czy do pracy, a tata zawsze zrywał się pierwszy i okupował od samego rana łazienkę, kąpiąc się przed szpitalem. Oprócz normalnych odgłosów mycia dobiegających zza drzwi, co jakiś czas ojciec wzdychał, niczym wieloryb: „banda debili… normalnie banda debili…”. Wszyscy go poganialiśmy, żeby się pospieszył, bo każdy chciał mieć swoje pięć minut, na co on odpowiadał – już kończę – wychodził z wanny, zaczynał się suszyć. Przez odgłos suszarki, co pewnien czas przebijało się owo: „banda debili, banda pieprzonych debili…” i poranne szykowanie trwało dalej.

Pamiętam, iż jak dziecko wielokrotnie pytałem się mamy kim jest owa „banda debili” i czy to może nie o nas chodzi? Mama uspokajała, że nie o nas, ale nigdy nie była w stanie chociażby zawęzić kręgu osób podejrzanych o bycie debilem. Właściwie nikt nie wiedział o kogo chodzi, a tata zawsze mnie zbywał, gdy próbowałem się dowiedzieć co nieco bliżej. I żyłem tak zżerany ciekawością…

Teraz już wiem o kogo chodzi. Na odpowiedź musiałem czekać piętnaście lat, przeczytać wiele książek, spędzić dziesiątki godzin na myśleniu, wymienić z B. kilka poglądów i spostrzeżeń i co chyba najważniejsze z podrostka stać się w miarę myślącym facetem.

Nawiązując:

„Umysł człowieka kultury masowej to jest inny umysł. Różnica między takim sumysłem a umysłem intelektualisty nie jest różnicą stopnia, ale różnicą gatunku. Są to mózgi zadrukowane różnymi kodami. Nie można wprowadzać rozróżnienia wyższy – niższy, chodzi bowiem o inność, o odmienność struktur mentalnych. Cechy umysłu człowieka kultury masowej: a) brak ciekawości świata, nie chce wiedzieć, b) obojętność, pasywność, myślowa drzemka, c) jeżeli jakieś myślenie to powolne, bez tempa, bez polotu, d) ślepa wiara w stereotypy, mity, brednie; niechęć, aby je rewidować, odrzucać, e) nieufność.”

Ryszard Kapuściński „LAPIDARIUM”

h1

Co się dzieje z masochistami po śmierci?

kwiecień 27, 2009

Zastanawiam się właśnie, co się dzieje z masochistami po śmierci. Podejrzewam, że masochista z racji swojego ziemskiego hedonizmu, na tamtym świecie uznawany jest za grzesznika. Z tej okazji musi gorzko pokutować za swoje liczne przewinienia. Tylko gdzie? Przecież piekło byłoby dla niego de facto rajem…

Czyżby masochiści szli za karę do nieba?

h1

Jadłem kebaba z bezdomnym

kwiecień 26, 2009

Piwkując w czwartek na beforze, na Piotrkowskiej, zaczepił nas bezdomny. Chciał papierosa, więc dziewczyny poczęstowały go jak to określił „cienkopisem”. Potem krążył w pobliżu, by zaczepić nas po raz drugi i poprosić o jedzenie. Powiedziałem mu, nie ma problemu, właśnie idę na kebaba, to szarpniemy sobie coś we dwóch, na co ten (o dziwo) z chęcią przystał. Żebyście nie pomyśleli, że jestem taki dobry i bezinteresowny, to postanowiłem, ugrać coś dla siebie z tego jedzenia. Zawsze ciekawiło mnie skąd się biorą ludzie na ulicy. Co powoduje, że człowiek zdolny do pracy żebrze. Dlatego owiedziałem mu krótko: zrobimy transakcję – ja kupię ci jedzenie, ty mi opowiesz jak się tu znalazłeś.

Usiedliśmy sobie pod sklepem, przyciągając wzrok niemalże każdego przechodnia. Wyobraźcie sobie scenę, siedzi dwóch kolesi, jeden brudny, obdarty, drugi młody, porwę się nawet na określenie elegancko ubrany, no więc siedzą na witrynie sklepowej, jedzą kebaba i dyskutują. Zapytałem się o jego historię. Jak to się stało, że jest tu gdzie jest.

Jeśli spodziewacie się jakiejś dramatycznej i ciekawej zarazem opowieści, to srogo się zawiedziecie. Tak samo zresztą jak ja. Dowiedziałem się, że ojciec się powiesił, brat się powiesił, wszyscy mu się powiesili w rodzinie i on znalazł się na ulicy. Opowieść, mnie rozczarowała, uważam ją za mocno naciąganą. Brakowało łącznika między przeszłością a teraźniejszością. Łącznik się znalazł, dopiero po dialogu:

- Kur**, super, kupiłeś mi jedzenie, ale daj mi na alkohol.
- Nie ma mowy.
- Daj, bo wyje*** tego kebaba do śmieci, jak mi nie dasz!
- To go wyrzucić, teraz to twoje żarcie i zrób z nim co chcesz. Nie chcesz to nie jedz.
- Inni to są normalni, dadzą mi kasę, a ty z tym żarciem, nie możesz mi dać dwa złote na piwo?!

Wtedy zrozumiałem, że punktem zwierającym, pozwalającym na zrozumienie jego życia jest alkohol. Nie liczy się nic, tylko to żeby się napruć. Może nie zabili by za kielicha, jak heroiniści za działkę, niemniej przypominają roboty, ukierunkowane tylko na jedno – picie. Facet wydawał się inteligentny, ale zgubiła gowrażliwość, będąca zaczynem uzależnienia. Wydaje mi się, że maiał wewnętrzną skazę, przez którą bardzo łatwo go zranić, a ucieczką wydaje się wódka. Zapytałem się go na odchodne, czemu nie pójdzie do pracy, przecież niczego mu nie brakuje, rozum jest, dwie ręce są. Dostałem odpowiedź – bo w pracy nie można pić. To może schronisko? Też nie można pić…

Po tej rozmowie, stanąłem przed dylematem – dawać takim ludziom pięniądze czy nie? Nie dam – nie będę dobrym człowiekiem, dam pewnie i tak wydadzą na picie. Wydaje mi się, że w tym momencie kasa nie jest dobrym rozwiązaniem. Pomóc mogłaby jakaś organizacja (broń Boże państwowa), która docierałaby do takich ludzi i pomagała im walczyć z nałogiem? Z ciężarem w postaci uzależnienia, nigdy nie wyrwą się z sytuacji w jakiej się znaleźli…

h1

Nie pisałem, bo się kochałem

kwiecień 16, 2009

Jak łatwo zauważyć, nie było mnie tutaj przez miesiąc. Precyzyjnie mówiąc to na blogu się pojawiałem ja, ale nie nowe wpisy. Dużo się działo. Miałem kryzys z biochemii i musiałem intensywnie pracować nad wyciągnięciem swojego dupska z tego szamba, w przeciwnym przypadku tym dupskiem zarabiałbym na życie, bo na pewno nie jako lekarz. A tak, z racji tego, że się „WziełemSpiełemiZwarłem” to studiuję nadal i to z całkiem dobrym skutkiem :)

Potem były święta, w które wprawdzie miałem czas, ale złapała mnie choroba i konakt ze mną był utrudniony, przez co wpisy siłą rzeczy się nie pojawiały.

Po Wielkanocy też nic nie napisałem, bo wiosna, piękna pogoda, a ja byłem zakochany. To jednak prawda, że stara miłość nie rdzewieje. Usłyszałem piosenkę Pudelsów „Kocham Się” i odżyło we mnie uczucie, o którym myślałem, że dawno temu zagasło. To jednak fajnie, że urodziłem się sobą, a nie kimś innym bo wtedy też mógłbym kochać siebie, ale jako kogoś innego, a tak to kocham siebie będąc sobą, a nie kimś innym, choć prawdopodobnie, wtedy też byłbym sobą. Biorąc pod rozwagę, to nawet gdybym, był swoją dziewczyną to niebyłoby to takie super, bo niemógłbym będąc swoją dziewczyną przebywać ze sobą DwadzieściaCzteryGodzinyNaDobę, bo bym nie wytrzymał, a tak będąc soba, mogę być ze sobą non-stop i wcale mnie to nie męczy. I jeszcze mam takie fajne imię Michał…

Na koniec fizolofowania mój ulubiony tekst

“Nigdy z sobą się nie kłócę
Nigdy siebie nie porzucę”

i cała piosenka:

h1

Dlaczego nigdy nie zostanę dobrym fotografem?

marzec 20, 2009

Rozważań o lustrzance i fotografii ciąg dalszy… W dzisiejszym poście odpowiedź na pytanie zawarte w tytule.

Pewnie część z was oglądała kiedyś film pt. „Dziewczyna Gangstera” („Mad Dog and Glory”), z Billem Murray’em, Robertem De Niro i Umą Thurman. Tam właśnie miała miejsce scena, w której Frank Milo (tytułowy gangster), rozmawia z policyjnym fotografem, zajmującym się dokumentowaniem miejsc zbrodni, Wayne’m „Mad Dog’iem” Dobie, dlaczego ten nigdy nie zostanie prawdziwym artystą. Co to ma do mnie? Sprawa jest podobna, więc uzasadnię ją ich słowami. Myślę, że w dzisiejszych czasach, z angielskim nie będzie problemu.

RDN: - I wish I was a real photographer. I don’t mean police work. I don’t mean weddings. I mean…

FM: - You mean like an artist.

RDN: - I went to see this group show with photographers… and I hit it off with a lady in the show. I met all her friends in the lofts and all. Then I showed her my stuff, and this guy says to me: „What do you think about being an artist?” I said: “Yeah, sure, but the only thing is… there’s no pension, there’s no security, there’s no major medical.” But as soon as I said it, you know what I thought? “I’m just a cop.” I’m a real civil servant. That’s the way I think, like a civil servant. But these people, they’re artists. They’re special. They take chances.

(…)

My stuff comes out of the job. I don’t create stuff. I find stuff.

Wniosek? Mogę być niesamowicie sprawny technicznie, ale brakuje mi tego czegoś, co sprawia, że jesteś prawdziwym artystą, a nie przybitym do ziemi przeciętniakiem…

h1

Piłem żartem, żyję serio…

marzec 9, 2009

Coraz rzadziej pojawiające się tu nowe wpisy doprowadzają mnie do permanentnego stanu autowkurwienia. Obiecałem sobie, częste aktualizacje, ale okazało się, że nie jestem na tyle interesującym człowiekiem, z wystarczającą ilością przemyśleń, by starczyło ich na coś więcej niż kilkadziesiąt postów.

Dodatkowo moje pieprzone życie pracuje intensywnie nad tym, by odebrać mi motywację do czegokolwiek, wprowadzając mnie w błędne koło, bo im mniej mi się chce żyć, tym mniej chce mi się cokolwiek robić, co prowadzi do tego, że jeszcze bardziej mi się nie chce żyć.

Robię głupie błędy, szczeniackie wręcz. Morze alkoholu, chęć najby i odpływam nie z tą kobietą co trzeba. A właściwie, przez szacunek, z tą którą nigdy nie powinienem. Łamiąc zasady, które sprawiają, że męsko-męskie przyjaźnie się sprawdzają i działają od tylu wieków bez większych zgrzytów. Działając tak dalej wobec przyjaciół, nikt nie poda mi ręki kiedy będę dławił się własnymi rzygami, leżąc twarzą w błocie. A do tego się zbliżam wielkimi krokami, nie wchodząc w szczegóły.

Siedzę sobie w fotelu, słucham Tego Typa Mesa i jedyne czego mi brakuje to szklanki whisky z lodem w mojej lewej ręce i cygara w prawej. I nawet tego nie mogę zrobić, bo mój stan psychiczny jest idealnym nawozem pod przyszły alkoholizm.

I nadal nie wiem, czy rację miał Marks mówiąc „byt kształtuje świadomość”, czy jednak to „świadomość kształtuje byt”.

Mam ochotę uciec od tego wszystkiego, najlepiej w tydzień szlajania się po knajpach. Do przebłysków świadomości, flashbacków spotkanych przypadkiem przy barze ludzi, sufitów, brudnych kibli, plugawych kobiet, fizyczności obcych ciał, ucieczki w zwierzęcość swych potrzeb. Tylko, że młody chłopak, bez pracy i wykształcenia będzie z zewnątrz postrzegany jako przegrany śmieć. Gdybym chociaż, grał, śpiewał lub malował. Wtedy bym był co najwyżej ekstrawagancki.

Końca notki nie będzie, bo na razie nic się nie kończy…