Miałem kiedyś, jako nastolatek, przez jakiś czas dziewczynę (mam nadzieję, że teraz tego nie czyta – a nawet jeśli, to tak – to o Tobie), której przez pierwsze dwa miesiące znajomości nawet nie dotknąłem. Dosłownie. Nie trzymaliśmy się za ręce, nie całowaliśmy, nie przytulaliśmy. Wydaje mi się, że nie dawaliśmy sobie nawet buziaków w policzek na powitanie – akurat ten szczegół mi umknął, ale mając przed oczami całą resztę, jestem w stanie z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że tak właśnie było.
Ona wydawała mi się taka piękna, majestatyczna i dojrzała. Ja głupi, dzieciuchowaty i nieśmiały. Możecie się spytać co robiliśmy przez cały ten czas? Polecę po standardzie: spacerowaliśmy, patrzyliśmy w te swoje niewinne, bawole oczęta, rozmawiając przy tym o wielu arcypoważnych sprawach (tak nam się wtedy wydawało). Do tego park, łabędzie, jesienne liście opadające na ramiona.
Strasznie się wtedy męczyłem. Ona mnie zniewalała, a ja nieśmiały, niedojrzały szczyl nie wiedziałem co zrobić, żeby ją przytulić, pocałować i trzymając za rękę, przewiercając spojrzeniem, oświadczyć: „Teraz, k…, Bejbe jesteś moja! I ch..j!” – Wiem, wiem, mało to romantyczne. Raczej dosadne, jak dowcip w barze portowym, ale chciałem wyraziście podkreślić ówczesną potrzebę alfa-samcowatości.
Kiedyś sobie nad tym myślałem i doszedłem do krótkiego wniosku: „Teraz się Michale zmieniłeś. Nie bawiłbyś się w Wydelikaconego Pana Chmurka-Kwiatek-Pszczółka-Ach-Och-Ależ-To-Romantyczne, jak kiedyś. Wiedziałbyś jak tą partyjkę rozegrać, żeby wygrać”. Życie stawia jednak przed nami rosnące wymagania i to, że dzisiejszy Michał nie byłby pizdusiem wtedy, nie znaczy, że nie jest nim teraz, czego za kilka kolejnych lat będzie żałował. Dalej miewam te same problemy, brakuje mi jednak tego spojrzenia z perspektywy czasu, które pozwala patrzeć na rzeczywistość inaczej. Niestety, kiedy je zyskam, najprawdopodobniej będzie już za późno.
Jak się łatwo domyśleć, tamten rozdział w moim życiu jest już dawno zamknięty, ale pozwolił mi otworzyć kolejne karty swojego życia. Właśnie dzięki niemu pomyślałem: „Lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż żałować, że się czegoś nie zrobiło.” Trzeba walczyć o swoje, nawet jak jeszcze nie jest twoje. Nikt Ci tego, co pragniesz nie poda na tacy, a i zawartość tacy sama do Ciebie nie przyjdzie. Rób swoje – ryzyko jest twoje. Najwyżej będziesz pluł sobie w brodę, że się starałeś a sprawa nie była tego warta, ale na pewno nie zarzucisz sobie tego, że zwątpiłeś, nawet nie próbując.
I to jest morał z dzisiejszej dobranocki, drogie dzieci…






