Piwkując w czwartek na beforze, na Piotrkowskiej, zaczepił nas bezdomny. Chciał papierosa, więc dziewczyny poczęstowały go jak to określił „cienkopisem”. Potem krążył w pobliżu, by zaczepić nas po raz drugi i poprosić o jedzenie. Powiedziałem mu, nie ma problemu, właśnie idę na kebaba, to szarpniemy sobie coś we dwóch, na co ten (o dziwo) z chęcią przystał. Żebyście nie pomyśleli, że jestem taki dobry i bezinteresowny, to postanowiłem, ugrać coś dla siebie z tego jedzenia. Zawsze ciekawiło mnie skąd się biorą ludzie na ulicy. Co powoduje, że człowiek zdolny do pracy żebrze. Dlatego owiedziałem mu krótko: zrobimy transakcję – ja kupię ci jedzenie, ty mi opowiesz jak się tu znalazłeś.
Usiedliśmy sobie pod sklepem, przyciągając wzrok niemalże każdego przechodnia. Wyobraźcie sobie scenę, siedzi dwóch kolesi, jeden brudny, obdarty, drugi młody, porwę się nawet na określenie elegancko ubrany, no więc siedzą na witrynie sklepowej, jedzą kebaba i dyskutują. Zapytałem się o jego historię. Jak to się stało, że jest tu gdzie jest.
Jeśli spodziewacie się jakiejś dramatycznej i ciekawej zarazem opowieści, to srogo się zawiedziecie. Tak samo zresztą jak ja. Dowiedziałem się, że ojciec się powiesił, brat się powiesił, wszyscy mu się powiesili w rodzinie i on znalazł się na ulicy. Opowieść, mnie rozczarowała, uważam ją za mocno naciąganą. Brakowało łącznika między przeszłością a teraźniejszością. Łącznik się znalazł, dopiero po dialogu:
- Kur**, super, kupiłeś mi jedzenie, ale daj mi na alkohol.
- Nie ma mowy.
- Daj, bo wyje*** tego kebaba do śmieci, jak mi nie dasz!
- To go wyrzucić, teraz to twoje żarcie i zrób z nim co chcesz. Nie chcesz to nie jedz.
- Inni to są normalni, dadzą mi kasę, a ty z tym żarciem, nie możesz mi dać dwa złote na piwo?!
Wtedy zrozumiałem, że punktem zwierającym, pozwalającym na zrozumienie jego życia jest alkohol. Nie liczy się nic, tylko to żeby się napruć. Może nie zabili by za kielicha, jak heroiniści za działkę, niemniej przypominają roboty, ukierunkowane tylko na jedno – picie. Facet wydawał się inteligentny, ale zgubiła gowrażliwość, będąca zaczynem uzależnienia. Wydaje mi się, że maiał wewnętrzną skazę, przez którą bardzo łatwo go zranić, a ucieczką wydaje się wódka. Zapytałem się go na odchodne, czemu nie pójdzie do pracy, przecież niczego mu nie brakuje, rozum jest, dwie ręce są. Dostałem odpowiedź – bo w pracy nie można pić. To może schronisko? Też nie można pić…
Po tej rozmowie, stanąłem przed dylematem – dawać takim ludziom pięniądze czy nie? Nie dam – nie będę dobrym człowiekiem, dam pewnie i tak wydadzą na picie. Wydaje mi się, że w tym momencie kasa nie jest dobrym rozwiązaniem. Pomóc mogłaby jakaś organizacja (broń Boże państwowa), która docierałaby do takich ludzi i pomagała im walczyć z nałogiem? Z ciężarem w postaci uzależnienia, nigdy nie wyrwą się z sytuacji w jakiej się znaleźli…