Dzisiejszego dnia widziałem się ostatni raz w tym dziesięcioleciu z wujkiem z Wielkiej Brytanii. Następne spotkanie to maj 2011. Nie nastraja to pozytywnie, bo za dwa lata nie wiadomo, w którym momencie swojego życia będziemy.
Niemiec, który praktycznie całe życie spędził w Wielkiej Brytanii, część w Australii, no i z racji tego, że jest moim wujkiem, łatwo się domyśleć, że w swoim burzliwym życiu zahaczył o Polskę i Polkę :) Mógłbym go słuchać godzinami, jego wspomnień, opowieści, przygód. To człowiek z innego kręgu kulturowego. Ma całkowicie odmienne poglądy na życie niż 99% polskiego społeczeństwa, a też jego życie było bardziej kolorowe niż tychże 99%.
Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że następny raz zobaczę go za dwa lata i cholernie mi z tym źle. Te kilka spotkań tu w Łodzi przeniosły mnie w inny świat, a teraz kiedy wyjeżdża, czuję się tak jakby ktoś nagle odebrał mi narkotyk. Odwiedziny u niego oderwały mnie od szarej rzeczywistości i przeniosły w świat retrospekcji, ale i jednoczesnego myślenia o rozwoju społeczeństwa i jednostek.
Pozwoliły mi zrozumieć, że życie wcale nie jest złe, czy dobre. Nasze życie jest w naszych rękach i daje nam ono to, czego chcemy. Nie chodzi tu nawet o podejście czysto praktyczne w stylu „marzenia się spełniają”, więc zacznij pracować na nie pracować, ale raczej o kwestie psychiki. Jeśli wstaniesz rano zły, cokolwiek by się nie stało w trakcie dnia, twój humor się nie zmieni. Jeśli obudzisz się z pozytywnym nastawieniem do życia, nawet jeśli spotkają cię w trakcie dnia jakieś przykrości nie do przejścia, możesz się z nich śmiać. Skoro nie możesz ich zmienić, po co psuć sobie humor. Grunt to pozytywne nastawienie do życia i bycie dobrym dla ludzi, bo służy to zarówno im, jak i nam.
Prosta prawda, której teoretycznie nie mógł mi przekazać żaden z Polaków. No bo jak tu śmiać się z tego, że stoi się w kolejce po papier toaletowy? Jak tu być zadowolonym, jeśli po kawałek mięsa jedzie się całe miasto, bo akurat tam je rzucili? Zrozumiałem wtedy, że mimo, iż jesteśmy pokoleniami kształtowanymi po’ 89, w wolności i wydawać by się mogło, wyzbytymi myślenia epoki komunizmu, to tak naprawdę wcale tak nie jest. Komuna nadal w nas siedzi. Powodem jest to, przez co przeszli nasi dziadkowie i rodzice. To jak cię wychowali, a jak wychować by mogli, gdyby nie musieli całej swej siły marnować na stanie w kolejkach i siłowanie się z systemem. Jaki Polak mógł pomyśleć, że może w życiu może osiągnąć co tylko chce, jeśli szary papier do wycierania tyłka był poza jego zasięgiem?
Komunizm kurwił wszystkich, jak leci. Co z tego, że mogłeś go odrzucić i buntować się w zaciszu swojego w domu? Co z tego, że mogłeś mieć sztywny kręgosłup moralny i nie kapować kolegów? I tak musiałeś szmacić się, biegając za byle gównem, które pokazało się w „sklepach”. Byle gównem, które w normalnym systemie nie zaprzątało by Twojej uwagi, ponadto, aby je wpisać na listę zakupów. Szmacić się, by próbować żyć na jako takim poziomie.
Wpis trochę przydługi i odbiegający delikatnie od tematu, ale mnie poniosło. Właśnie w takich chwilach, jak rozmowy z wujkiem wychowanym kilkaset kilometrów od nas, uświadamiam sobie jak bardzo tych sku**ieli nienawidzę. Nienawidzę ich za ten eksperyment, którego rezultaty będą musiały spijać pokolenia. Nienawidzę ich za to, że osoba, wychowana w normalnych warunkach, mówi mi rzeczy oczywiste, a ja odbieram je jako prawdy objawione. Nienawidzę ich za to, kim jestem, bo nie wiem kim być mógłbym, gdyby moi przodkowie nie musieli żyć w tym syfie…