h1

Sylwester 2008 – wspomnienia i galeria

styczeń 9, 2009

Witam! Znalazłem wreszcie trochę czasu i postanowiłem wrzucić do galerii zdjęcia z naszego Sylwestra. Niestety nie są to wszystkie, jakie udało nam się wykonać, a tylko ich część. Powód jest prosty – właścicielem aparatu była moja siostra, a nasza ekipa nie była jej priorytetem przy robieniu zdjęć:) Tak więc w galerii zobaczyć możecie tylko malutką część naszego wyjazdu. Czekam z niecierpliwością na płytkę ze zdjęciami od Państwa GK S, wtedy zobaczycie, że było grubo.

Zdjęcia – Sylwester 2008

Teraz część dla tych co bajerę mają skrańcowaną. Dla innych, sorry, jestem świeżo po Symetrii Niewolskiego:)

Na pierwszych fotosach możecie przykminić jak naszą parafią drynimy golda z batłącha na stacji. Zimno było, że lipy wychodziły na wierzch. Ok. Wystarczy. Teraz po normalnemu.

Następne widoki to pierwsza impreza, dzień przed Sylwestrem, na której skułem się niemiłosiernie. Właściwie to przez przypadek. Tak to jest jak wola słaba, a koledzy namawiają. Rano wykonano mi zdjęcie, które powinno być przestrogą. Tak wygląda dzień po… Dalej jest kilka ujęć z samej imprezy sylwestrowej. Niestety nie ma widoków z tego, co działo się w parku zdrojowym, bo nikt nie wziął aparatu. No i na sam koniec zdjęcia ze stoku, o który zahaczyliśmy w dniu wyjazdu. Seb na desce. My na tle zbocza (chyba nasze jedyne zdjęcie na śniegu). W barze przy stoku spotkaliśmy Amerykanina Petera W, jak się okazało w trakcie rozmowy – był on z zawodu pilotem helikoptera. Musieliśmy zrobić mu zdjęcie:)

Wracając do tego co napisałem na początku. Na tych ujęciach nie ma jednej piątej tego co robiliśmy przez te kilka dni. Nie ma Goryli, u których jeździliśmy w Sylwestra (bardzo przyjemny stok, który mogę śmiało polecić). Nie ma Kotelnicy, którą przerabialiśmy 1 stycznia od 16:23 do 22:00. A wyjeździliśmy się tam za wszystkie czasy, przerobiliśmy wszystkie możliwe zjazdy. To tam miałem swój pierwszy raz z krawędziowaniem na carvingach.:) Stok świetnie przygotowany, zero lodu, trasy również przyjemne. Takie 1400 metrów relaksu na deskach, za rozsądną cenę (40 złotych za 6 godzin).

Wracając do tematu, czego nie dowiecie się ze zdjęć: nie dowiecie się tego, że moja bystra sis zostawiła buty w wypożyczalni i przypomniało jej się o tym 20 minut po jej zamknięciu. Musieliśmy jeździć w poszukiwaniu właściciela. Kiedy go znalazłem (prowadził pensjonat w pobliżu), już spał (była za piętnaście jedenasta). Jadąc z nim po kozaki Anki, Pan Właściciel nauczył mnie wszystkich przekleństw świata, w dwóch wersjach – po polsku jak i w gwarze góralskiej. Zresztą mu się nie dziwię.

Nie zobaczycie jak takie ciastka jak my, tarzają się w śniegu, a następnie wskakują do basenów geotermalnych w Bukowinie. Świetna sprawa, chociaż spodziewałem się, czegoś w stylu ciepłego błota i zapachu siarki dookoła. TermaBukowina poszła jednak bardziej w stronę SPA, lub aquaparku (nie nastawiajcie się jednak na ściankę wspinaczkową i 10 rodzajów rur, jak np. w Krakowie). Ot, miejsce gdzie można w miły czas spędzić czas z rodziną. Może oprócz kolejki, w której musieliśmy stać około 40 minut.

Wyjazd się udał. I to bardzo. Chociażby z powodu ogromu atrakcji, jak i z towarzystwa, w którego gronie odczuć można zaufanie oraz przyjaźń (kuźwa, ale słodzę:) Smuci mnie jedynie fakt, że w takim gronie, spotkamy się pewnie nie wcześniej niż w wakacje. Warto będzie jednak poczekać…

Ps Chciałem podziękować Edycie i Przemkowi za zaopiekowanie się, owej feralnej nocy, tak uciążliwym pacjentem jak ja. Notabene ostatniej w 2008:)

3 komentarzy

  1. :*


  2. jak cie trzepne!!! Wcale nie wierzcie ludzie, nie 20min tylko 5!!


  3. witamy, zdjęcia czekają na odbiór i zdecydowanie powiększą Twoją galerię ;)



Dodaj komentarz