Zacznę słowami Martina Luthera Kinga : „I have a dream that one day…”. Jak zapewne wiecie, ja również miałem sen. Sen, który się nie ziścił. Mogłem wprawdzie wstrzymać się z tym postem do poniedziałku, 1 grudnia, ale myślę, że tej kwestii nic się już nie zmieni, a ja nie będę musiał między zajęciami naprędce o tym pisać.
Śniło mi się, że w listopadzie spotkam „tę piękną, wyśnioną, w marzeń sennych atłasie zanurzoną”. Ten sen uratował mi życie. Nie przejmowałem się dziewczętami, tylko wziąłem za naukę, wiedząc, że moja piękna na mnie w tym pieprzonym listopadzie czeka. I to był jeden z plusów tego snu. Drugim było to, że jeśli się nie spełni, zawsze będę mógł sobie powiedzieć, że to tylko rojenia i mogłem nie przywiązywać do nich wielkiej wagi.
Najgorsze jest to, że nie było w nim nic o poznawaniu, tylko o spotykaniu. Może spotkałem ją przypadkiem na ulicy? A może to była ta przesympatyczna dziewczyna sprzedająca karty GE Money Banku w Manufakturze? A jeśli ona to to dziewczę z „13” od której ostatnio nie mogłem oderwać wzroku?
Dziś nie ma już o czym dyskutować. Kończy się listopad, jestem w Łodzi, więc na zakończenie cytat z Comy – Listopad:
„Musiałem stracić przeźroczystość na którejś z tamtych dróg
I jeszcze nie ocalają mnie
I jeszcze nie ocalają mnie
I jeszcze nie ocalają mnie
noce płaczu i modlitwy
tyle razy próbowałem szeptów, celebracji, miłosnych zaklęć, kłamstw
Tak mi przykro, o tak mi przykro
Chciałbym jeszcze raz”